TEST: Panasonic Lumix G1
Trzeba jednak pamiętać, że te emocje biorą się nie tylko stąd, że G1 sam w sobie stanowi niezwykle ciekawą konstrukcję (choć rzeczywiście tak jest), ale przede wszystkim dlatego, że jest PIERWSZY. To całkiem absolutnie i niezaprzeczalnie najpierwszy na świecie aparat należący do systemu Micro 4/3. Co za tym idzie, spoczywa na nim ogromna odpowiedzialność, bo jeśli odniesie sukces rynkowy, to przyczyni się to niewątpliwie do spopularyzowania nowego systemu. Natomiast jeśli poniesie porażkę… Cóż, drugi raz pozytywnego pierwszego wrażenia zrobić się nie da.
4/3 w wersji Micro
– „E tam, jak już zmniejszamy aparat, to nie po to, żeby był taki jak E-420. Musi być znacznie mniejszy.”
– „Nie da się.”
– „Nie da?”
– „No nie da.”
– „Nie ma szans?”
– „Najmniejszych.”
– „A jakby coś wywalić? Da się coś wywalić?”
– „Teoretycznie można by bez obiektywu, ale jakość zdjęć wykonywanych metodą otworkową nie jest najlepsza”.
– „A coś innego?”
– „Bo ja wiem, może lustro?”
– „No to wywalmy lustro”.
I tak powstał system Micro 4/3.
Jego główne założenie zostało wypowiedziane powyżej – chodzi o zmniejszenie wymiarów aparatów poprzez pozbawienie ich mechanizmu ruchomego lustra odbijającego wpadające przez obiektyw światło w kierunku pryzmatu i wizjera optycznego. Tak naprawdę jest jeszcze drugie założenie, ukryte gdzieś między wierszami – nie chodzi tu o stworzenie kolejnych zwykłych kompaktów. To, co miało powstać, to nowy rodzaj aparatów, które będą rejestrowały obraz na dużej, lustrzankowej matrycy i będą oferowały możliwość wymiany obiektywów. Dzięki temu jakość rejestrowanych przez nie zdjęć powinna dorównywać fotografiom wykonywanym przy pomocy lustrzanki. Czy tak jest naprawdę? Sprawdziliśmy to w dalszej części naszego testu.
Mały… na zdjęciu
Zanim jednak doszło do wizyty w laboratorium, wziąłem po prostu G1 do ręki. Pech chciał, że wcześniej widziałem jego reklamę, na której unosi się on w powietrzu blisko wyciągniętej dłoni. Duuużej dłoni. Możliwości są zatem dwie: albo jest to łapa kobiety grającej na co dzień w żeńskiej lidze koszykówki amerykańskiej, albo też mamy do czynienia z delikatnym fotomontażem. Delikatnym, bo aparat nie leży na tej dłoni, więc teoretycznie nie musi być w tej samej skali, ale w praktyce każdy oglądający tę reklamę traktuje rękę jako oczywisty punkt odniesienia. G1 wydaje się przez to naprawdę maleńki i leciuteńki. A że ja wziąłem go do ręki, posłużę się tu pewnym popularnym sformułowaniem: rzeczywistość przerosła moje oczekiwania.Jest mniejszy, to fakt, ale dość nieznacznie. W stosunku do Olympusa E-420 każdy z trzech wymiarów aparatu Panasonica skurczył się raptem o ok. 8 mm, a na dodatek G1 jest od niego o zauważalnie cięższy, zwłaszcza jeśli porównujemy korpusy z dołączonymi obiektywami (w przypadku E-420 najlepszy wybór to „naleśnik” 25 mm). Jeszcze ciekawiej wygląda konfrontacja z najnowszym Pentaksem K-m. Tu zdjęcie mówi samo za siebie, więc pozostawimy je litościwie bez komentarza… Pamiętajmy tylko, że w K-m zmieścić się musiało jeszcze lustro.
Z drugiej strony projektanci Panasonica prawdopodobnie mogli bardziej ograniczyć wymiary swojego nowego aparatu i fakt, że tego nie zrobili, to pewnie efekt ich świadomej decyzji. G1 z założenia miał zachować typowo lustrzankowy kształt, podobnie jak na przykład jeden z najlepszych kompaktów tej firmy – FZ50. Moim zdaniem to dobra decyzja, bo G1 przewidziany został jako alternatywa dla tanich lustrzanek cyfrowych. Tylko po co ta reklamowa fotomanipulacja?
Wygodny jak lustrzanka
Genialnie zaprojektowana została górna ścianka – pokrętło wyboru trybów tematycznych, pod nim dodatkowa dźwignia wyboru trybu wykonywania zdjęć plus włącznik. Do tego po drugiej stronie wbudowanej lampy błyskowej znajduje się jeszcze jedno małe pokrętło, tym razem do regulacji sposobu ustawiania ostrości. Wszystko to sprawia, że zmiany sporej części ważnych ustawień dokonamy w G1 szybciej, niż w niejednej lustrzance, zwłaszcza klasy amatorskiej.
Zaawansowane modele lustrzanek mają jednak coś, czego aparat Panasonica nie oferuje – dwa pokrętła do regulacji parametrów ekspozycji. G1 ma tylko jedno pokrętło, pod spustem migawki, ale z drugiej strony… kryje ono w sobie coś więcej. Można nim regulować jednocześnie dwa ustawienia, przełączając się pomiędzy nimi za pomocą chwilowego wciśnięcia kółka. Dzięki temu np. w trybie preselekcji przysłony (A) tym samym pokrętłem zmienimy stopień otwarcia przysłony oraz dokonamy korekcji ekspozycji. Na dodatek za pomocą pokrętła w G1 ustawimy również także wszystko w menu, więc trzeba przyznać, że to dość wygodne rozwiązanie. Mimo to sądzę, że klasyczne dwa pokrętła byłyby jednak nieco lepsze.
Na górnej i tylnej ściance znajdziemy też przyciski do szybkiego uruchamiania najważniejszych ustawień, np. czułości ISO czy balansu bieli. Funkcję jednego z przycisków można samodzielnie zdefiniować.
Podwójne Live View
Brak lustra oznacza nie tylko możliwość zmniejszenia korpusu, ale także rezygnację z wizjera optycznego. Dlatego w G1 mamy do wyboru jeden z dwóch ekranów ciekłokrystalicznych – jednego umieszczonego w okularze wizjera oraz drugiego, o znacznie większej, 3-calowej przekątnej. Jego wielkość jest naprawdę imponująca, bo nie mówimy przecież o zwykłym ekranie zintegrowanym z korpusem. Przymocowano go do głównego body za pomocą ruchomego przegubu, dzięki któremu możemy go ustawić pod całkiem dowolnym, wygodnym dla nas kątem. Można też oczywiście na czas transportu obrócić go ekranem do wewnątrz.Zarówno o wizjerze, jak i o dużym ekranie można powiedzieć wiele ciepłych, a nawet entuzjastycznych słów – są rewelacyjne. Elektroniczny wizjer G1 to pierwszy wyświetlacz tego typu, którego z przyjemnością używałem podczas fotografowania. Naprawdę, w pewnym momencie po prostu zapomniałem o tym, że nie patrzę w wizjer optyczny. Ma bardzo wysoką rozdzielczość (1,44 mln pikseli), więc nie tylko kadrowanie, ale i ręczne ustawianie ostrości z jego pomocą nie stanowi problemu. Duży ruchomy wyświetlacz oferuje mniej, bo „tylko” 460 tysięcy punktów, lecz przy okazji także bardzo szerokie kąty widzenia. Oba ekrany kryją 100 procent kadru i oba charakteryzuje błyskawiczne odświeżanie. Jakby tego było mało, tuż obok wizjera znajduje się czujnik, automatycznie przełączający obraz z dużego wyświetlacza na mały po tym, jak zbliżymy do niego oko. W razie czego możemy posłużyć się też odpowiednim przełącznikiem obok wizjera.
Po drugie, i to już jest zupełny ewenement, możemy włączyć też podgląd… czasu naświetlania (funkcja ta nosi nazwę „Efekt szybkości migawki”). Po uruchomieniu tego podglądu elementy obejmowane w kadrze (zwłaszcza ruchome) są pokazywane w taki sposób, w jaki zostałyby zarejestrowane na zdjęciu przy czasie ekspozycji potrzebnym do jego prawidłowego naświetlenia. Pomysł jest naprawdę oryginalny i w niektórych sytuacjach zdjęciowych sprawdza się idealnie. Jeśli chcemy na przykład wykonać zdjęcie ludzi idących w pośpiechu chodnikiem, ale tak, by ich sylwetki były rozmazane, a chodnik i budynki w tle ostre, wystarczy włączyć „efekt szybkości migawki” i patrząc na ekran ustawić taki czas naświetlania, który da nam pożądany efekt. Z drugiej strony nie warto mieć tej funkcji ustawionej na stałe, gdyż przeszkadza przy kadrowaniu dynamicznych scen.
Supermen(u)
Inny przykład możliwości dopasowywania ustawień Panasonica do swoich oczekiwań to ustawianie ostrości z wykorzystaniem centralnego punktu. Możemy nie tylko przesunąć go domyślnie w dowolne inne miejsce kadru, ale także określić jego wielkość – od bardzo małego, zajmującego kilka procent kadru, po spory kwadrat zakrywający dużą powierzchnię kadrowanej sceny.
Skoro o ustawianiu ostrości mowa, G1 oferuje na to jeszcze kilka innych sposobów. Może to być również pomiar wieloczujnikowy (23 sensory), detekcja twarzy w kadrze lub ciekawa opcja śledzenia elementu, który ma zostać zarejestrowany jako ostry. Jak ktoś oglądał jakiś nowoczesny film wojenny ze sceną walki samolotów myśliwskich, to wie o co chodzi. „Zaczepiamy” na wybranym obiekcie wirtualny krzyżyk celownika i od tej pory może on dowolnie przemieszczać się w kadrze (my też możemy przekadrować scenę) – ostrość zawsze będzie ustawiona dokładnie na niego. Podobnie jak w przypadku pilota myśliwca, pozostaje nam tylko wybór momentu, w którym naciśniemy spust.
Czasami użytkownik wdzięczny jest projektantom, że bogate opcje konfiguracji G1 uwzględniają też możliwość wyłączenia lub poprawienia niektórych funkcji. W moim przypadku było tak np. z opcją dostosowywania jasności menu do poziomu oświetlenia zewnętrznego. W przypadku podglądy kadrowanej sceny ma to oczywiście sens, ale kiedy trzeba zmieniać coś w menu, a ono nagle rozjaśnia się, ciemnieje, znów się rozjaśnia, znów… to może to być nieco irytujące. Podobnie jest z histogramem wyświetlanym w trakcie kadrowania zdjęć. Nie dość, że można go włączyć lub wyłączyć, to jeszcze możemy ustalić, w którym miejscu ekranu się on pojawi. I bardzo dobrze, bo na początku standardowo wyświetlany jest dokładnie na środku kadru. Te nieco złośliwie dobrane przykłady udowadniają jednak tak naprawdę coś bardzo pozytywnego – menu Panasonica G1 daje użytkownikowi niezwykle bogate możliwości konfiguracji.
W laboratorium
Spodziewałem się, że duża matryca (standardowy rozmiar sensorów lustrzanek 4/3, czyli 18×13,5 mm) pozytywnie wpłynie na jakość zdjęć rejestrowanych przy pomocy Panasonica G1, ale nie sądziłem, że wpłynie aż tak mocno. Rozdzielczość zdjęć w centrum kadru sięgała w przypadku plików JPEG niemal 2700 linii na wysokość kadru (MTF 50), czyli niewiele mniej, niż wynosi rozdzielczość matrycy w pionie (3000 pikseli). Poziom szumów przewyższał przy tym nieco wyniki, jakie osiągają w naszych testach lustrzanki z matrycą APS-C, ale nawet przy ISO 3200 pozostawał na akceptowalnym poziomie. Trochę problemów sprawiła nam tylko opcja określona w menu jako „Redukcja zakłóceń” – mimo powtórzonych kilkukrotnie testów nie zauważyliśmy, aby po jej włączeniu poziom szumów ulegał zmniejszeniu. Na szczęście zmniejszeniu nie ulegała również ostrość zdjęć…W teście odwzorowania barw G1 osiągnął niezłe, choć nie rewelacyjne wyniki, za to bardzo miło zaskoczył nas zakres tonalny nowej matrycy. Aż do ISO 800 włącznie ok. 6 EV w najlepszej jakości i całkowity zakres ok. 10 EV to naprawdę niezły wynik. Znów – w lustrzankach z sensorami typu APS-C zdarzają się nieraz lepsze rezultaty, ale w tym przypadku już tylko niewiele lepsze.
No właśnie, w lustrzankach to, w lustrzankach tamto. Panasonica G1 nie warto porównywać z kompaktami, bo nie miałyby z nim najmniejszych szans (no, może Sony R1 pod względem szczegółowości zdjęć). Pod tym względem G1 to równy rywal dla wielu lustrzanek i należy traktować go z szacunkiem.
zwłaszcza w zakresie czułości ISO 100–800.
I w praktyce
Tym, co robi największe wrażenie na osobach, które pierwszy raz wzięły do ręki nowy aparat Panasonica, jest szybkość ustawiania ostrości. To najszybciej działający autofokus w trybie detekcji kontrastu, jaki widziałem. Lustrzanki w trybie Live View nie mogą się z nim równać, za to gdy porównamy G1 z przeciętną lustrzanką ustawiającą ostrość w trybie detekcji fazy, to obie konstrukcje będą szły łeb w łeb. Z Panasonikiem wygrać może jedynie zaawansowana lustrzanka z podpiętym obiektywem z wbudowanym silnikiem ultradźwiękowym. W większości sytuacji zdjęciowych ta różnica nie będzie miała jednak praktycznego znaczenia.Ze względu na ostrość i zakres tonalny zdjęć, lepiej ograniczyć się do zakresu ISO 100-800, zaś pozostałych dwóch czułości używać jedynie w ostateczności.
Warto wspomnieć też o korzyściach związanych z brakiem lustra w aparacie – nie ma charakterystycznego dla lustrzanek szarpnięcia w momencie wykonywania zdjęcia, dzięki czemu szansa na rejestrację nieporuszonych ujęć nawet przy dłuższych czasach naświetlania realnie wzrasta. Lustro nie kłapie, pozostaje tylko dźwięk migawki, ale jest on bardzo cichy.
I drobna uwaga dla tych użytkowników, którzy nastawiają się na wykorzystywanie trybu automatycznego – wbudowana lampa jest całkowicie mechaniczna, więc nie można liczyć na to, że aparat sam podniesie ją w momencie, gdy uzna taką potrzebę. Jedyną sugestią będzie wyświetlona czerwona ikonka „poruszonego” aparatu, sugerująca, że zdjęcie wykonane przy świetle zastanym może być właśnie poruszone.
Świętszy od lustrzanki
G1 to bardzo nowatorska konstrukcja, lecz równocześnie w jednym miejscu zadziwiająca swoim konserwatyzmem. W czasach, gdy lustrzanki zaczynają nagrywać ujęcia wideo pozbawienie tej funkcji aparatu, który lustra nie ma sprawia wrażenie, jakby jego konstruktorzy chcieli podkreślić jego tradycyjnie fotograficzny charakter. Szkoda, bo w przypadku akurat tego aparatu tryb wideo mógłby działać równie sprawnie, jak w przypadku zwykłych dobrych kompaktów. Z drugiej strony coś trzeba przecież dodać do kolejnego modelu (zapowiedzianego na pierwszą połowę 2009 roku), którego nazwa – G1 HD – jednoznacznie obiecuje dodanie funkcji wideo i to na zaawansowanym poziomie. Jeśli zatem komuś zależy na opcji nagrywania filmów, warto poczekać do przyszłego roku.Podsumowanie
Jak na pierwszy model nowego systemu, Panasonic G1 jest niezwykle udaną konstrukcją. Na pochwałę zasługują zwłaszcza szybki autofokus, rozbudowane menu i bardzo dobre ekrany LCD – duży, odchylany, i mały, ukryty w wizjerze. Jakość wykonanych nim zdjęć jest również niezła, choć wiele lustrzanek z matrycami APS-C osiąga lepsze rezultaty. Jeśli coś warto zmienić w przyszłości, to albo jeszcze znacząco zmniejszyć korpus, albo go też zwiększyć (przynajmniej uchwyt prawej dłoni). No i dodać nagrywanie wideo…
Patrząc na to w szerszym kontekście, pojawienie się systemu Micro 4/3 to bardzo dobry ruch, i to zarówno ze względów marketingowych, jak i praktycznych. Wymiary tradycyjnej matrycy stosowanej dotychczas w systemie 4/3 się przecież nie zmieniły, a jednak z zewnątrz wygląda to tak, że zamiast lustrzanek z najmniejszymi sensorami na rynku otrzymujemy nagle kompakty z sensorami największymi. Pod każdym względem brzmi to znacznie lepiej.
Dla nas, użytkowników, najważniejsze jest jednak to, że większa (w stosunku do kompaktów) matryca G1 rzeczywiście przekłada się na jakość zdjęć, co w połączeniu z szybkim ustawianiem ostrości i świetnymi wyświetlaczami sprawia, że – parafrazując reklamę proszku do prania – zwykłe kompakty są bez szans. A czy Panasonic G1 (i sam system Micro 4/3) to rzeczywiście przy okazji DSLR-killer, czyli pogromca prawdziwych lustrzanek? Jedno jest pewne – niewątpliwie nawiązuje z nimi całkowicie równorzędną walkę.
Więcej w DIGITAL FOTO VIDEO 12/2008 (w kioskach na początku grudnia).
DANE TECHNICZNE



























